.: BRAMA :.
.: Grafika :: Szablon :: Brushe :.
BEZSENNOŚĆ
Noc to kapryśna muza.
Więzi nas między powolnym tykaniem zegara
a światłem ulicznych latarni.
Czasem jakaś porzucona kochanka
zastuka po bruku obcasami,
ciągnąc za sobą miłość jak niechciane dziecko.
Gdzieś w oddali ujada pies
szczuty przez pozornie łagodną dłoń nocy.
Tą samą, która obsypuje nasze czoła
białymi płatkami pięknych snów.
One nigdy się nie spełnią.
Tą samą, która wbija w nasze gardła
ostre kolce koszmarów.
Tak dobrze pamięta się każdy z nich.
Ta samą, która jednym swym gestem
okrywa miasto mrokiem, ciszą i nicością.
Gaśnie ostatnie światło w oknie naprzeciwko.
Gaśnie papieros,
którego gorzki smak
był moim jedynym łącznikiem z rzeczywistością.
Gaśnie znów blask pod czyimiś powiekami.
Za chwilę zgaśnie ostatni płomień nadziei...
Ale wiersz musi powstać,
bo inaczej noc nigdy stąd nie odejdzie.



HOMEOSTAZA
Odkąd wyszłam z twego łona,
matko brudu i brzydoty,
odkąd wypchnęłaś mnie na świat,
nie patrząc na mnie i nie nadając mi imienia,
w nadziei że nigdy o to nie spytam
i będę brnęła coraz dalej ślepa i zachwycona,
z nieskalaną twym dziedzictwem jasnością na twarzy
- odtąd wdycham tylko ziemisty, duszący strach...
jakbym była żywcem pogrzebana.
Dla twojej wiadomości:
Mam w sobie idealny spokój i równowagę;
truciznę i równie toksyczne antidotum.
Wszystko pod kontrolą.
Każdego pierwiastka jest tyle, ile trzeba,
a ile w tym mnie, to nieistotne.
To tylko niebo krwawi,
poszarpane twoimi ciągłymi obietnicami.
Te drobne drgania nic nie znaczą.
Może by znaczyły dwa metry nade mną,
gdzie błogosławiony chaos i święta pustka
toczą się swoim biegiem.
Po prostu wyjdź,
jeśli nie masz już nic do dodania.



EPICENTRUM
Jeszcze łyk, nie mogę sobie odmówić.
Najwyższy czas rozkruszyć sen,
kurczowo trzymający się lepkich powiek.
Może pozwolę sobie nie poczuć uderzenia,
ale przełykam natychmiast.
Niech gorycz porażki rozleje się po ciele,
powoli i dokładnie... po każdym wspomnieniu...
Muszę się upewnić, że nie mam dokąd uciec.
Kawa parzy nawet w ten zbyt trzeźwy,
przedwcześnie obudzony, przerysowany poranek.
Krew już niedługo straci woń i przestanie się dymić.
Wleje się zniecierpliwionym pulsem w skronie.
Zaczynam po raz kolejny.
Nie jestem sama, czekasz na moje pierwsze słowo,
patrząc podejrzliwie zza lustra.
To artystycznie rozmazane na szkle odbicie
z kawałkiem zastygłej bezsilności w ręce...
teraz to zależy już tylko
od jednego wstrzymywanego westchnienia.
Mam powiedzieć, że nic mnie nie obchodzi,
gdy strącasz na ziemię bezpieczną zasłonę mroku
i oślepiasz wschodem tykającego jak bomba słońca?
Nie budź mnie więcej tak wcześnie.
Nigdy sama nie rzucę się w środek tej burzy.
Nie zmusisz mnie,
epicentrum będzie wszędzie wokół,
a ja nie drgnę.



CEL
Armia papierowych ludzików
kroczy pewnie przed siebie:
na wiatr, w ogień, przeciw falom.
Tacy piękni, wzniośli, potężni, wieczni,
jedyni w swoim rodzaju...
bezradni - skazani na przegraną.
To są owe tak zwane marzenia.
Dobrze, że nie pozwala się im dojrzeć,
by, jak kartki zapisane błękitem niewinności
i wyrwane z zakurzonych ksiąg dzieciństwa,
nie uciekły nam z rąk
i nie pofrunęły bezmyślnie,
dzieląć los Ikara.
Nie warto dla kilku chwil lotu
ryzykować utraty grawitacji.
Pierwotny cel człowieczeństwa
ginie, zapisany twoim palcem na piasku.
To jedyny sposób, by przeżyć...
Ulubiona sarkastyczna uwaga Jahwe.




NEW MODEL MISERY
Z małych okruchów potłuczonych luster
składam siebie.
Codziennie nowa mozaika.
Takim potłuczonym szkłem bawi się światło,
ale jakieś zniekształcone, kalekie.
W takim szkle każda twarz
wykrzywiona jest grymasem lodowatej obojętności.
Ludzie depczą mnie słowami,
miażdżą na coraz drobniejsze kawałki.
Któryś z nich może ci wpaść do oka
i zamienić łzy w zimne, twarde kryształy,
które, spływając po policzkach,
żłobią w nich połamane rysy blizn.
Pewnie to trochę boli,
gdy wraz ze szklanym okruchem
ostry sopel bez litości przebija twoje serce.
Możliwe. Nie wiem.
Przecież nie jestem człowiekiem;
to znaczy - nie krwawię, nie czuję ciepła ani chłodu.
Jestem układanką z odłamków luster
potłuczonych przez własny krzyk.
To były chyba ultradźwięki,
bo nikt ich nie usłyszał.
Dlaczego nie chcemy oglądać naszych obliczy?
Boimy się zajrzeć w oczy prawdziwym, szpetnym nam?
Łatwiej jest potłuc lustro -
i potem już nic nie czuć.
Czasami lód nie topnieje...
ktoś znowu potknął się o szklaną układankę,
którą przed chwilą
prawie udało mi się dokończyć.
Z brzękiem rozsypuję się po asfalcie.